Powtórzę jeszcze raz, z 69 to ten rap. To moi ludzie, których na bank dziś spotykasz. Pniemy się do góry, nie zmieniamy tury. Tacy jesteśmy z natury, burzymy mury i kurzymy chmury. Daj to głośniej, to nie szanty, to moi ludzie, muzyka i blunty. To jest hip-hop, a nie country, hit na tip-top, a nie anty.
Hej! Witam w moim świecie: pełnym chaosu, różnych przeżyć, poszukiwania swojej tożsamości, rozkmin, codziennych sukcesów i porażek. Zapraszam, a przekonasz się, co tak naprawdę (nie) wypada!
W Tropiu jesteśmy u korzeni. Tu nie wystarczy tylko przybyć; tu trzeba przypielgrzymować i na tym miejscu uklęknąć! – wzywał abp Karol Wojtyła w 1966 r. przy pustelni w Tropiu podczas
Wzięliśmy pod lupę 12 czołowych miast akademickich w Polsce; Pod względem poziomu nauczania dwa miasta nie mają sobie równych; Problemy zaczynają się dla studentów na poziomie znalezienia mieszkania lub miejsca w akademiku. Cenniki w domach studenta czasami przekraczają grubo ponad 1 tys. zł; Studia to też czas na imprezowanie.
Każdy przynajmniej raz w życiu usłyszał – „No weź, tak nie wypada. Mi jako małej dziewczynce nigdy nie wypadało siedzieć rozkrokiem, kiedy miałam spódnicę. Nie wypadało pluć jak chłopak i pierdzieć pachą (do dziś mnie to bawi, robiliśmy to z przyjacielem non stop!). Nie wypadało gdzieś nie pójść, nawet kiedy nie miało się ochoty. Nie wypadało
Vay Tiền Trả Góp Theo Tháng Chỉ Cần Cmnd. Przez całą ciążę 28-letnia matka Mikołaja piła. Wiedziała o tym policja, lekarze, pracownicy socjalni i strażnicy miejscy. Nic nie mogli zrobić. Urodziła chore dziecko. Kto się nim zaopiekuje?Niedokrwistość, niewydolność oddechowa, niska masa urodzeniowa, zakażenie układu moczowego, asymetria głowy, wzmożone napięcie mięśniowe - to na początek otrzymał maleńki Mikołaj w prezencie od mamy już w pierwszym dniu swojego życia. Pijana matka rodzi dziecko z pół promilem alkoholuO kobiecie, którą codziennie widywano pijaną na poznańskim Łazarzu, głośno było podczas ostatnich wakacji. Była ona wtedy w ósmym miesiącu ciąży. Często trafiała do szpitala w stanie całkowitego upojenia alkoholowego. Znała ją policja, straż miejska, lekarze i pracownicy socjalni Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Poznaniu. Nikt nie potrafił pomóc jej i jej nienarodzonemu dziecku. 2 września tego roku na świat przyszedł Mikołaj. Jego matka trafiła do szpitala pijana. Chłopiec urodził się przez cesarskie cięcie. Miał prawie pół promila alkoholu we krwi. Chłopiec urodzony w 38. tygodniu ciąży (według oceny lekarzy) ważył 2080 gramów. Drugiego dnia po porodzie matka na własne życzenie wyszła ze szpitala. Dziecko zostało pod opieką 52 dniach pobytu na oddziale neonatologii Ginekologiczno-Położniczego Szpitala Klinicznego UM w Poznaniu przy ulicy Polnej chłopiec trafił do pogotowia rodzinnego. Matka zadzwoniła raz do pogotowia opiekuńczego i zadała dziwne pytanie: Czy mój synek jest już zdrowy?- Już na Polnej Mikołaj był konsultowany w kierunku wystąpienia FAS - mówi Karolina Kałkowska, prowadząca rodzinne pogotowie opiekuńcze. - Na razie nie ma jeszcze pełnej diagnozy, ale lekarze już zauważyli charakterystyczne cechy tej choroba to płodowy zespół alkoholowy. Pojawia się wtedy, kiedy matka w ciąży nadużywa alkoholu. Niektóre badania mówią, że nawet niewielka ilość alkoholu może spowodować pojawienie się cech FAS. W przypadku Mikołaja nie są to jednak niewielkie ilości, które mogą, a nie muszą wpływać na jego zdrowie. Matka Mikołaja pija w ciąży dużo i często. Nie była wybredna. Mieszkańcy Łazarza widzieli, jak piła co popadło, nawet denaturat. Służby rozkładały wtedy ręce mówiąc, że nic się nie da zrobić. - Picie alkoholu, nawet w ciąży, nie jest w Polsce przestępstwem - tłumaczył wtedy Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej Jeśli matka nie chce pomocy, nie możemy jej zmusić, aby ją przyjęła - mówiła Lidia Leońska, rzecznik Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Poznaniu. Pijąca matka ze szpitala wychodziła, gdy tylko wytrzeźwiała. Szła dalej Patrzę na tego maleńkiego chłopca i myślę, że wszystko mogło być inaczej - mówi Karolina Kałkowska. - Trafiają do mnie niechciane dzieci, pozostawione w szpitalach, oddawane do okien życia. Te zdrowe właściwie natychmiast znajdują rodziny adopcyjne. Tych chorych, niepełnosprawnych nikt nie chce. A Mikołaj nie musiał urodzić się chory. To nie przypadek, czy ślepy los zgotował mu te choroby, tylko własna nie chce chorych maluchów W pogotowiu rodzinnym Karoliny Kałkowskiej przebywa 2-letnia Milenka. Jest lekko opóźniona. Jej niepełnosprawność jest ledwie widoczna. Ładna dziewczynka, która rozwija się wolniej niż rówieśnicy. Nikt jej nie chce. W pogotowiu jest od początku swojego życia. - Nie może u nas dłużej zostać - tłumaczy Karolina Kałkowska. - Pogotowie polega na tym, że przyjmujemy tu dzieci na jakiś czas. W tym czasie szukamy dla nich stałego miejsca pobytu. Pracujemy też z rodzinami biologicznymi. Założenie jest takie, że jeśli rodzice podejmą wysiłek i będą próbowali zmienić sytuację, dzieci do nich wrócą. Ale to założenia. Rzeczywistość jest taka, że żadne z dzieci nie wróciło na stałe do rodziny trafi więc do domu pomocy społecznej. Do sióstr serafitek. Tam spędzi prawdopodobnie wiele lat życia. Z czasem może jedynie zmienić dom opieki. Na taki dla zdarzają się szczęśliwe zakończenia nieszczęśliwych Był u nas chłopiec z zespołem Downa. Matka odrzuciła go po porodzie, gdy dowiedziała się o jego wadzie - wspomina Karolina Kałkowska. - Desperacko wręcz szukałam dla niego specjalistycznej rodziny zastępczej. Chłopiec był bardzo schorowany. To był bardzo ciężki przypadek zespołu Dawna z wieloma współistniejącymi schorzeniami. Szukałam dla niego domu po całej Polsce. W końcu udało się i to tu, blisko, w Poznaniu. Teraz kobieta z rodziny zastępczej, do której trafił, chce go adoptować. Zakochała się w tym chłopcu. Naprawdę miał dużo takie historie zdarzają się rzadko, choć Karolina zapowiada, że zrobi wszystko, aby i Mikołaj znalazł swój Na razie chodzę z nim po lekarzach - mówi Karolina. - Kardiolog, neurolog, ortopeda, okulista, genetyk - to nas czekało na samym początku. Do niektórych specjalistów już mi się udało dostać, do innych jeszcze nie. To, że prowadzę pogotowie i mam siedmioro dzieci pod opieką i że najczęściej są to dzieci potrzebujące specjalistycznej opieki medycznej, to naprawdę rzadko kogoś obchodzi. Zdarza się czasem jakaś miła pani w rejestracji, która mnie kojarzy, bo chodzę po lekarzach często i czasem ta miła pani zapisze mnie na jakiś rozsądny termin. Zazwyczaj jednak czekam w niebotycznych kolejkach. Do okulisty za trzy miesiące. A za trzy miesiące to dziecko, które chcę zapisać, może stracić fenotypowe FAS zauważono u Mikołaja już podczas pobytu w szpitalu przy Polnej. Nie było to jednak trudne. Chłopiec wygląda bowiem jak dzieci ze zdjęć na ulotkach o szkodliwości picia alkoholu podczas ciąży. „Spłaszczona rynienka podnosowa, mała żuchwa, uszy nisko osadzone i zrotowane ku tyłowi, siodełkowaty nos” - napisali lekarze. Ale charakterystyczne wygląd to najmniejszy problem dzieci z zespołem FAS. Najbardziej narażony na działanie alkoholu jest układ nerwowy. Alkohol powoduje, że komórki nerwowe podczas powstawania mogą trafić w niewłaściwe miejsca i w nich podejmują swoją prace. Dodatkowo tworzą się niewłaściwe połączenia między neuronami. To wszystko powoduje poważne problemy z zapamiętywaniem, przetwarzaniem informacji, myśleniem. Wiele dzieci z FAS ma np. podwyższony próg bólu - bodziec bólowy musi być naprawdę silny, by dziecko go odczuło. Często jedynie poważne skaleczenie lub siniec świadczy o tym, że miało miejsce jakieś zranienie. Lista dysfunkcji, jakie pojawiają się u dzieci z płodowym zespołem alkoholowym, jest imponująca. Znajdują się na niej wszelkie problemy neurologiczne, łącznie z tymi związanymi ze zmysłem smaku, powonienia, dotyku. - Najgorsze dla mnie jest to, że takie dzieci będą cierpiały do końca życia tylko dlatego, że matka nie mogła przez te parę miesięcy wytrzymać bez alkoholu - mówi Karolina Kałkowska. - Dla tej kobiety to tylko kilka miesięcy, dla dziecka to całe oprócz leczenia, wymaga także rehabilitacji. Przechodzi ją dzięki Stowarzyszeniu na Rzecz Dzieci ze Złożoną Niepełnosprawnością „Potrafię Więcej”. - Mikołaj jest u nas dopiero trzeci tydzień, a już widać malutkie postępy w rehabilitacji, na którą z nim jeżdżę - mówi Karolina Kałkowska. - Ciągle jednak przez to napięcie mięśni leży mocno wygięty, ale powoli próbuje podnieść główkę, no i wygląda zdecydowanie lepiej. Rodzice biologiczni nie wykorzystują szans na poprawęMatka Mikołaja raz zadzwoniła do pogotowia opiekuńczego. - Zadała mi przedziwne pytanie - mówi Karolina Kałkowska. - Zadzwoniła i pyta: Czy mój synek jest już zdrowy, czy mogę go już zabrać? O dalszym losie małego Mikołaja zdecyduje sąd. Prawdopodobnie odbierze on matce prawa rodzicielskie, ale nie musi tak się stać. Czasami sąd postanawia dać rodzicom biologicznym szanse. Obecnie prawa rodzicielskie mają oboje rodzice, bo matka dziecka jest w związku małżeńskim. Obecnie sprawa Mikołaja jest w podróży. Zajmował się nią sąd w Wałbrzychu. Tam bowiem mąż matki chłopca złożył zawiadomienie o zaginięciu żony, która znalazła się w ciąży w Poznaniu z konkubentem. Ze względu na miejsce urodzenia i przebywania chłopca sprawa ma zostać przeniesiona do Poznania. Sąd w Wałbrzychu ma tutaj przesłać akta sprawy. - Nie jestem wrogiem rodzin biologicznych, uważam, że idealnie by było, gdyby wszystkie dzieci mogły żyć ze swoimi rodzicami, ale za długo prowadzę to pogotowie, żebym miała jeszcze złudzenia - mówi Karolina Kałkowska. - Mieliśmy wiele pijących matek. Mieliśmy dzieci, które po kilka razy wracały do swoich biologicznych rodzin, a potem znowu do nas. Matka jednej z dziewczynek, która u nas przebywa, była już siedem razy na odwyku. Za każdym razem mówiła, że idzie tam dla córki, żeby mogła do niej wrócić. I za każdym razem, po wyjściu ze szpitala, szła pić. To może dla niektórych okrutne, ale myślę, że dla tej dziewczynki byłoby lepiej, gdyby miała uregulowaną sytuację prawną i mogła trafić do kochającej rodziny wypiękniejesz maluszkuKarolina Kałkowska prowadzi pogotowie rodzinne w swoim domu, w którym mieszka z mężem i dwiema swoimi biologicznymi córkami. Trzecia, najstarsza, już wyprowadziła się z domu. Córki pani Karoliny widziały już wiele dramatycznych historii. - Często policja w środku nocy przywozi do mnie dzieci zabrane z interwencji - mówi Karolina Kałkowska. - Ale kiedy przywiozłam ze szpitala Mikołaja, moja średnia córka, Patrycja, popłakała się, jak go zobaczyła. Był taki malutki, bezbronny i już na początku matka zniszczyła mu życie, które jeszcze na dobre się nie ma 18 lat. Pomaga mamie zajmować się dziećmi. Jest troskliwa, wrażliwa Musisz tylko jeść, my się tobą dobrze zajmiemy - mówi do Mikołaja. - Zobaczysz, jeszcze będziesz piękny, u nas przecież pięknieją wszystkie dzieci.
Adam Ferency pije przez rząd? „Paskudnie mi się żyje w Polsce” Data utworzenia: 4 października 2021, 6:00. Jest szanowanym aktorem i na co dzień co sił stara się wypełniać rzetelnie swoje zawodowe obowiązki, ale ostatnie wydarzenia pokazały, że nie zawsze mu wychodzi. Adam Ferency pod koniec września spotkał się ze swoimi wielbicielami w Świdnickim Ośrodku Kultury w ramach projektu „Alchemia Teatralna”. Spotkanie zostało przerwane po 30 minutach w związku z „niedyspozycją” aktora. Po wydarzeniu przyznał, że był nietrzeźwy, a następnie udzielił wywiadu, w którym stwierdził, że do picia pcha go obecny rząd. Adam Ferency Foto: Michał Fludra / Podczas spotkania w Świdnicy aktor był pytany o powody, jakie kierowały nim w momencie wybierania życiowej drogi, a także o to, co teatr powinien dawać ludziom. Z każdym kolejny pytaniem Adam Ferency udzielał bardziej zdawkowych odpowiedzi, zdarzało mu się momentami mówić nieskładnie i nielogicznie. W pewnym momencie aktor nawiązał także do polityki, co nie spodobało się uczestnikom spotkania. – Mnie się zdaje, żeby naprawdę nie głosować na Kaczyńskiego. Nie głosujcie na Kaczyńskiego, błagam – odpowiedział Adam Ferency zapytany o to, co chciałby, żeby teatr dawał ludziom. Po trzydziestu minutach zostało ono niespodziewanie przerwane. – Fakt, byłem nietrzeźwy. Bardzo tego żałuję. Ta sytuacja nie powinna się zdarzyć, ale tak się czasami zdarza - tłumaczył się później Ferency. Dlaczego Adam Ferency pije alkohol? Frustruje go sytuacja w kraju Po sytuacji, w której w stanie upojenia alkoholowego zawiódł swoich wielbicieli, Ferency udzielił wywiadu dla Onet Kultura. – Mam naturalny odruch wstydu, ale też pewnego zniechęcenia. Od sześciu lat paskudnie mi się żyje w Polsce. Widzę coraz więcej rzeczy, które mnie przerażają (...) Nie jestem pewien, czy jacyś obcy nie mieszają w tym naszym polskim tyglu, czy może jesteśmy aż tak nierozumni? Jest mi z tym źle, próbuję jakoś sobie radzić. Nie zawsze się udaje. Skutek był widoczny na rzeczonym spotkaniu – powiedział z rozbrajającą szczerością Ferency. Kiedyś mało ufałem politykom, ale jednak gdzieś na dnie jakiś rodzaj zaufania był. Teraz jestem obdarty z tego wszystkiego, jest mi w sposób niespotykany źle. Bardzo martwię się tym, co się w Polsce dzieje. Adam Ferency pije od dawna? – Tak, przez całe życie piłem alkohol i przez całe życie on nie robił mi dobrze. Kiepsko sobie z nim radziłem. Ale czasami człowiek jest już tak znękany, że to z niego eksploduje. Jest to choroba, którą można by nazwać dipsomanią. Zdarza się raz na jakiś czas. To tak jakbyśmy złapali grypę. W Polsce strasznie ciężko jest ludzi przekonać, że alkoholizm to choroba. Wiem, że jak nazywam alkoholizm grypą, to tak jakbym go lekceważył. Ale jak widzę skutki polityki nastawionej na to, żeby ludzie się żarli, to już nie wiem, czy nie lepiej jest pić – stwierdził aktor, którego widzowie mogą znać z takich produkcji jak „Stulecie Winnych”, „Zimna wojna” czy „M jak miłość”. – Całe życie ocierałem się o alkohol, czasami się ocierałem dosyć solidnie. To, że jestem w tym punkcie, w którym jestem, to że jestem wśród żywych, to jest mój wielki sukces. Staram się sobie jakoś radzić z tą chorobą – skwitował w nowym wywiadzie. Choć to pierwsza tak spektakularna wpadka, jaką po alkoholu zaliczył Adam Ferency, o swoim zamiłowaniu do trunków opowiadał już lata temu. Mimo że Ferency w lutym 2016 roku przeszedł rozległy zawał serca i ratowano go ze stanu śmierci klinicznej, z popijania alkoholu zrezygnować nie zamierzał. – Znowu przyjdą święta i znowu się upiję. Bo to jest fajne. Czy alkohol jest fajny? Pewnie. Jeszcze jak! – opowiadał zadowolony dwa lata później. MJM Zobacz także Adam Ferency o ucieczce w alkohol. To mocne słowa Spotkanie z Adamem Ferencym niespodziewanie przerwano. Najpierw mówił mało, lakonicznie, aż nagle wypalił wiązankę o Bogu i ludziach! Adam Ferency przeżył śmierć kliniczną. Był już na tamtym świecie Ten artykuł pierwszy raz na stronie Faktu ukazał się r. /6 Michał Fludra / Adam Ferency /6 Aleksander Majdański / Adam Ferency /6 Damian Burzykowski / Adam Ferency /6 - / Kapif Adam Ferency /6 - / Kapif Adam Ferency /6 - / Kapif Adam Ferency Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem:
Takiego wysypu kleszczy jak w tym roku entomolodzy jeszcze nie widzieli. Nie tylko jest ich więcej, ale zasiedlają też nowe tereny. Kiedy wyczuje w pobliżu ciepłe ciało pulsujące krwią, spada na nie i bezbłędnie znajduje miejsce, w którym skóra jest najcieńsza, a naczynia krwionośne najbliżej powierzchni, i wbija swoje szczęki. Wpuszcza środek znieczulający i rozrzedzający krew. A potem zaczyna pić. Rośnie, w końcu przypomina siną kulkę i odpada od ciała żywiciela. Zostawia maleńki ślad po wkłuciu oraz coraz częściej bakterie boreliozy albo innej niebezpiecznej choroby. Jak wynika z danych Państwowego Zakładu Higieny, w tym roku nastąpił ogromny wzrost zachorowań na boreliozę. W pierwszym kwartale odnotowano ich 4,1 tys. To o 1,5 tys. więcej niż w tym samym czasie w ubiegłym roku. Dlaczego kleszczy jest tak dużo? I dlaczego tak wiele z nich roznosi niebezpieczną chorobę? Naukowcy ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie właśnie próbują to zrozumieć. I znaleźć sposób, by powstrzymać epidemię. Wśród kleszczy jest coraz więcej nosicieli groźnych chorób, alarmują specjaliści z Samodzielnego Zakładu Entomologii Stosowanej SGGW. Mgr inż. Ewa Sady z tego zespołu wyliczyła, że co pięć lat liczba chorych na boreliozę podwaja się. – W 2004 r. mieliśmy 3,8 tys. chorych, w 2010 – już 8,5 tys., a w 2015 – 13,5 tys. osób zakażonych krętkiem z rodzaju Borrelia – mówi prof. Stanisław Ignatowicz, promotor rozprawy doktorskiej Ewy Sady. Na podstawie danych o zakażeniach i o liczbie tych pajęczaków w różnych rejonach Polski naukowcy obliczyli, że nosicielami niebezpiecznej bakterii może być aż 30-40 proc. kleszczy. – A jeszcze nie tak dawno myśleliśmy, że zakażony jest zaledwie jeden kleszcz na pięć – mówi prof. Ignatowicz. Bakterii przybywa, bo nieustannie krążą one między kleszczami a ich żywicielami, których jest przynajmniej kilkunastu. – Z jaja wykluwa się larwa, która nie ma nawet pół milimetra wielkości, ale już ona musi napić się krwi, żeby przeżyć. Najczęściej atakuje małe stworzenia, np. gryzonie – opowiada prof. Ignatowicz. Jeśli natrafi na gryzonia – nosiciela krętka boreliozy, zakaża się nim. Potem rośnie i linieje w nimfę. – A nimfa też musi napić się krwi, by dalej się rozwijać. Potrzebuje wtedy nieco większego żywiciela – kota, zająca, lisa czy królika i jemu przekazuje bakterię, ale też może się od niego zarazić – mówi prof. Ignatowicz. Na końcu nimfa zmienia się w postać dorosłą, która atakuje największe ofiary: jelenie, bydło domowe i ludzi, przenosząc Borrelię także na nie. Dlatego tak dużo dorosłych kleszczy jest nosicielami krętka Borrelia. – Ten skomplikowany, wieloetapowy cykl życiowy sprawia, że kleszczom trudno uniknąć kontaktu z zarazkiem – tłumaczy prof. Ignatowicz. Krętek Borrelia jest bowiem drobnoustrojem bardzo rozpowszechnionym wśród zwierząt. – Zwłaszcza wśród gryzoni, szczurów czy myszy, które są głównymi nosicielami tej bakterii w przyrodzie – mówi Ewa Sady. Im więcej jest zwierząt i kleszczy w danym miejscu, tym intensywniej i szybciej krąży w nich krętek Borrelia oraz jego równie groźni kompani – wirus odkleszczowego zapalenia mózgu oraz pierwotniaki Babesia, sprawcy groźnej choroby psów – babeszjozy. Ile dokładnie jest kleszczy w Polsce? – Trudno je policzyć, szacunków dokonujemy na podstawie liczby przypadków chorób odkleszczowych – tłumaczy prof. Ignatowicz. A ta wskazuje, że pasożyt rozmnaża się błyskawicznie. Jest go pełno w lasach i terenach pełnych krzaków, tradycyjnie najwięcej na Suwalszczyźnie, ale też coraz więcej w centralnej Polsce oraz na południu. Co więcej, wydaje się, że kleszcze są w trakcie ekspansji do nowych ekosystemów, w których do niedawna były rzadziej spotykane. – Coraz częściej spadają na swoich żywicieli także na terenach trawiastych – mówi prof. Ignatowicz. Kleszcze dzisiaj siedzą nie tylko na spodniej części liści czy zwisających gałęzi, ale też na czubkach traw, z których bez problemu przenoszą się na nogi ofiar. – Nie ma dzisiaj całkowicie bezpiecznego miejsca. Wszędzie, gdzie jest trochę zieleni, na działkach, w ogródkach, na łąkach czy w parkach, może czaić się kleszcz – ostrzega prof. Ignatowicz. Nic dziwnego, że skoro jest ich tak dużo, muszą przystosować się do nowych środowisk, aby znaleźć odpowiednią liczbę żywicieli. – A to istni mistrzowie przystosowania się. Potrafią przeżyć prawie w każdych warunkach – mówi Ewa Sady. Jedyne, czego się naprawdę boją, to zimno. I łatwo wyjaśnić, dlaczego jest ich aż tyle. – Winne są bez wątpienia bardzo łagodne zimy, jakie mamy w Polsce od kilku lat. Populację kleszczy skutecznie ogranicza mróz, ale tylko taki, który trwa dłużej niż kilka dni. Dopiero wtedy część jaj kleszczy obumiera – tłumaczy naukowiec. A tych jaj kleszcze składają dużo. – Samica za jednym zamachem może wyprodukować nawet 5 tys. jaj. Składa je co prawda tylko raz w życiu, bo zaraz potem umiera – mówi prof. Ignatowicz. Do niedawna mroźne europejskie zimy sprawiały, że przeżywały tylko nieliczne kleszcze, ale dzisiaj, kiedy mrozów nie ma, przeżywają praktycznie wszystkie. W tej chwili jest ich już tyle, że – zdaniem prof. Ignatowicza – potrzebna byłaby nie jedna mroźna zima, ale co najmniej kilka kolejnych. W przeciwnym razie nie poradzimy sobie z tą inwazją. – A może być jeszcze gorzej – ostrzega prof. Ignatowicz. – W tej chwili w Polsce żyje ok. 20 gatunków kleszczy. Na świecie jest ich nawet 400. Możliwe, że wraz ze zmianami klimatu pojawi się ich u nas więcej. Nie wiemy, jakie patogeny przyniosą, ani jakie choroby mogą nam zaserwować – mówi profesor. Może się np. zwiększyć zagrożenie bardzo niebezpiecznym odkleszczowym zapaleniem mózgu. Jeśli rozprzestrzenią się u nas lub zostaną zawleczone kleszcze z Ameryki Północnej, zaczniemy chorować na gorączkę plamistą Gór Skalistych albo kleszczową gorączkę Kolorado. Ale zawinił nie tylko ciepły klimat. – Także i my przyczyniliśmy się do inwazji kleszczy, rozbudowując nasze miasta oraz przedmieścia i dokarmiając dzikie zwierzęta, w tym bezpańskie koty czy gołębie – mówi Ewa Sady. – Nasze zwierzaki biegają po polach i lasach, przynoszą stamtąd kleszcze, które, opite krwią, odpadają od nich w przydomowym ogródku czy na trawniku. A kiedy taka opita samica złoży kilka tysięcy jaj, a z nich wykluje się kilka tysięcy larw, to szybko rozprzestrzeniają się one na całe miasto – mówi badaczka. Sytuacja robi się na tyle niebezpieczna, że naukowcy usilnie poszukują możliwości ograniczenia populacji tego stawonoga. Najlepiej, gdyby dało się to zrobić w naturalny sposób, np. wprowadzając do lasów i łąk owady albo małe ptaki, które wyjadałyby nadmiar kleszczy. – Problem tylko w tym, że takich zwierząt nie ma. Według naszej obecnej wiedzy kleszcze nie są niczyim pożywieniem. Nie mają więc żadnych skutecznych naturalnych wrogów – mówi Ewa Sady. Naukowcy badający fizjologię kleszczy odkryli też, że nie dotykają ich śmiertelne choroby. Co więcej, pajęczaki te mają wyjątkową, naturalną odporność na patogeny, które przenoszą w swoim ciele. Są one dla nich niegroźne – odkrył dr Joao Pedra z University of Maryland School of Medicine. Ich system immunologiczny działa bowiem inaczej niż u owadów. Uczony wraz z zespołem rozpracował jego elementy i znalazł sposób blokowania go u pojedynczego kleszcza. – To może być pierwszy krok na drodze do osłabienia układu odpornościowego pajęczaków. Może dzięki temu uda się kontrolować ich liczebność – przekonuje dr Pedra. Dzisiaj nie mamy zbyt wielu środków, którymi można by likwidować kleszcze. – Możemy wykonywać zabiegi opryskiwania środkiem zawierającym substancję (adiuwant), która przykleja truciznę na kleszcze do powierzchni roślin, ale to zbyt kosztowne do zastosowań na dużą skalę. Tańsze opryski chemiczne nie tylko działają na kleszcze, ale trują też pożyteczne pająki i owady, np. pszczoły – tłumaczy prof. Ignatowicz. Co zatem robić, by uchronić się przed kleszczami? – Nie ma innego wyjścia, jak ubierać się od stóp do głów, kiedy zamierzamy przebywać na terenach zielonych – mówi prof. Ignatowicz. Nie zapominajmy też o stosowaniu repelentów, najlepiej z dużym stężeniem substancji DEET. – To środek chemiczny, który zaburza działanie narządu pozwalającego kleszczom wyczuć ofiarę za pomocą zapachu i sprawia, że stajemy się dla nich niewyczuwalni – mówi prof. Ignatowicz. Kiedy zaś najdziemy na swoim ciele kleszcza, nie czekajmy, aż sam odpadnie, ale wyciągnijmy go jak najszybciej. Im krócej kleszcz ma kontakt z naszym ciałem, tym mniejsza szansa, że drobnoustroje z jego ciała przenikną do organizmu. Ale uwaga! Przy usuwaniu kleszcza nie można go zanadto drażnić, np. przypalać, smarować masłem, bo wtedy będzie się wgryzał w skórę coraz głębiej, wtłaczając wydzielinę pełną mikrobów.
Rozmowa z Małgorzatą Matyją z Fundacji lat w przestrzeni publicznej powtarza się, że o zwierzęta – również te na wsi i szczególnie latem – trzeba dbać. Co więcej – reguluje to nawet prawo. Wydawałoby się, że to, że trzeba zapewnić im miskę ze świeżą wodą, ochronę przed upałem – a zimą mrozem, że nie można ich krzywdzić. A Fundacja Zwierz startuje z kolejną kampanią informacyjną na ten temat. Czy to znaczy, że wciąż trzeba powtarzać te – wydawałoby się tak oczywiste – rzeczy?Tak. I cały czas to robimy. Prowadzimy infolinię informacji prawnej o prawach zwierząt. A nasi pracownicy i zaprzyjaźnione organizacje cały czas i tak zgłaszają ogrom zaniedbań dotyczących bez jaj w Białymstoku? Kury też chcą żyć godnie! Wegestok-Viva organizuje akcjęNa czym te zaniedbania polegają?Zwierzęta są utrzymywane są w złych warunkach, na łańcuchach, w za małych kojcach, w niezacienionych miejscach, bez dostępu do wody, karmione odpadkami, często na betonowych posadzkach, które latem nagrzewają się do ogromnych temperatur. Trzeba pamiętać, że jeżeli na dachu budy jest blacha, to w środku to małe pomieszczenie nagrzewa się nawet do 70 stopni. Wtedy buda nie jest żadnym schronieniem, tylko klatką, która nie chce się wierzyć… Ludzie nie wstydzą się sąsiadów? Przecież to łatwo zauważyć, że ktoś krzywdzi myślę, że powodów takiego stanu rzeczy może być wiele. Ludzie mogą źle traktować zwierzęta z powodu zwykłej nieświadomości, przyzwyczajeń, bezmyślności. Najważniejsze, by mówić o tym, jak zwierzęta należy traktować. I reagować, kiedy widzimy, że dzieje się źle, że zwierzęta są trzymane w nieodpowiednich warunkach, że nie mają kropli wody, że dzieje się z nimi coś złego. Po prostu – trzeba zwracać uwagi na ich Aktywiści przebiorą się za kury i będą spacerować po centrum, bo "Święta nie tylko bez mięsa, ale i bez jajek są możliwe"A może ludzie nie mają pieniędzy, by zapewnić zwierzętom dobrą budę, dobre miejsce do życia. Może po prostu nie każdy powinien mieć na przykład się na zwierzę, powinniśmy pamiętać, że może to generować pewne koszty. To na przykład pożywienie czy opieka weterynaryjna. My zachęcamy, by posiadanie zwierzęcia, decyzja o adopcji była przemyślana. Jeśli decydujemy się posiadać zwierzę, musimy być świadomi tego, że może to wygenerować pewne koszty. Natomiast żeby zwierzęta miały zapewnione dobre warunki, nie jest potrzebna jakaś ogromna suma. My zawsze podkreślamy: miejsce zwierzęcia jest przy człowieku. I zachęcamy, by być blisko, mieć zwierzę obok, trzymać w domu. Dla mnie i moich znajomych zwierzęta są członkami rodziny. Natomiast jeżeli zwierzę już przebywa na dworze, to warto postarać się zwiększyć ich komfort życia. Wystarczą małe kroki. Czasem można przestawić budę do cienia, zrobić miejsce dla psa pod drzewami, by zapewnić cień. Można zmienić blachę na papę na dachu budy, zamontować dodatkowy dach. Albo kwestia wody – jeśli zwierzę notorycznie ją wylewa, można po prostu zmienić miskę na bardziej stabilną czy cięższą albo przytwierdzić ją do podłoża. To nie są wysokie koszty. Najważniejsze jest to, by myśleć, by mieć czujność na potrzeby zwierzęcia, by czasem spróbować postawić się w ich sytuacji. Bo kto z nas chciałby przez 12 godzin leżeć w miejscu skąpanym w pełnym słońcu?Ruszacie z kampanią, która ma przypominać o prawach zwierząt. Na czym ona będzie polegać?Szczególnie bliskie są nam zwierzęta utrzymywane na wsiach. Bardzo zależy nam, by poprawiać ich warunki bytowe. Robimy to na wiele sposobów. Szkolimy organizacje, szkolimy gminy. Obecne akcje „ZWIERZ latem” i „Pies czuje tak jak ty” mają na celu uwrażliwienie ludzi na potrzeby zwierząt, na to, że upał może zabić. I zabija – bo takie mamy możemy zrobić, gdy zobaczymy takie krzywdzone zwierzę?Należy reagować, zwrócić uwagę właścicielowi. O zwierzętach bezdomnych należy zaś poinformować gminę. Gmina ma obowiązek zająć się zwierzętami bezdomnymi. Natomiast jeśli zwierzę przebywa na czyjejś posesji, a właściciel nie reaguje na uwagi lub nie możemy się z nim skontaktować – należy zawiadomić policję, lokalną organizację prozwierzęcą. Ale zaczynajmy od siebie – często wystarczy kilka zdań, żeby zwrócić czyjąś uwagę na jego zaniedbanie. Bo wiele złych czynów wynika z zaniedbania, nie z celowej niechęci. Dlatego zachęcamy do mówienia, że tak jak my pijemy, pić musi również pies. Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera
Jesteśmy strasznie uzależnionym narodem - mówi Jakub Żulczyk. - Jeszcze pijąc, wyobrażałem sobie, że w Polsce nie da się nie pić - dodaje Juliusz Strachota. W podcaście "Co ćpać po odwyku" obaj - trzeźwi, po terapii - przekonują, że się da. Jakub Żulczyk – pisarz, autor powieści "Zrób mi jakąś krzywdę", "Instytut", "Radio Armageddon", "Ślepnąc od świateł", "Wzgórze psów", scenarzysta serialu "Belfer". Uzależniony od alkoholu, nie pije od 6 Strachota – Pisarz, autor zbiorów opowiadań "Oprócz marzeń warto mieć papierosy" i "Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego" oraz powieści "Zakłady nowego człowieka" i "Relaks amerykański". Uzależniony od leków, narkotyków i alkoholu. Trzeźwy od 8 lat.**Podcast "Co ćpać po odwyku?" – Żulczyk i Strachota mówią o sobie, że są dwoma typami, którzy gadają o tym, jak dobrze żyć, nawet jeśli ma się za sobą trudną – narkotykową i alkoholową – przeszłość. W dwóch seriach nagranych dla Storytel opowiadają, jak wpadli w nałogi i jak z nich wyszli. Karolina Błaszkiewicz: Mój dziadek pił, babcia to znosiła. A była największą twardzielką, jaką Żulczyk: Nadzieja jest w zmianach pokoleniowych. Młodsi ludzie mają więcej świadomości. Twój dziadek wychowywał się w czasach, kiedy nie było żadnego leczenia alkoholików w jest. Pamiętacie pierwszy dzień na odwyku?Jakub: Ja nie byłem na zamkniętym odwyku. Poszedłem na terapię dochodzącą. Pamiętam pierwszy dzień leczenia, nie piłem od jakichś 48 godzin. Najpierw poszedłem do psychiatry, który dał mi leki uspokajające. A potem poszedłem do kina na, nomen omen, "Pod Mocnym Aniołem". Jest tam scena, jak Więckiewicz włącza sobie jakąś muzykę, chodzi po pokoju, pije i gada do siebie. Patrzyłem na Więckiewicza i myślałem: "Kurwa, ja rzeczywiście przez ostatnie lata robię dokładnie to samo". Wiedziałem, że mam problem, powiedziały mi to w twarz najbliższe osoby. Ale początek tego filmu - nie wszystkie późniejsze patologie w nim pokazane, tylko ta jedna, niewinna scena - coś mi bardzo wyraźnie udowodniła. To jest moje bardzo wyraźne wspomnienie z tego pierwszego ciebie na odwyk zawiozła Strachota: Mama mnie uratowała. Widziała moje problemy bardzo wcześnie i sama zaczęła korzystać z pomocy terapeutów. I chociaż strasznie się przeze mnie przez lata wycierpiała i bardzo się to na niej odbiło, to była w pewien sposób przygotowana. I po iluś nieudanych próbach udało jej się do tego pamiętajmy o tym, że nikt nie ma prawa od naszych bliskich wymagać tego, żeby ratowali tak chore, zaburzone osoby. Nie muszą mieć siły, kompetencji. A tę siłę próbują odnaleźć w sobie, a często nie są w stanie. Można wystawić kogoś za drzwi i powiedzieć: "masz nie wracać" - i następnego dnia nie wiesz, co ze sobą zrobić, boisz się o niego. Są takie modele działania, jak interwencja, gdy zbiera się cała rodzina alkoholika, i z pomocą terapeuty albo kogoś z AA "potrząsają" nim. Przełamują iluzje, które alkoholik ma w głowie. To jest nieprzyjemne dla wszystkich i wymaga ogromnej do dzisiaj nie rozumiem swojego schorzenia i nigdy do końca go nie zrozumiem. Najpierw zjawiłem się na detoksie na Sobieskiego. Siedziałem tam dwa miesiące i doszedłem do takiego stanu, kiedy nie było we mnie żadnej substancji. Zacząłem w sierpniu, a w październiku wyszedłem. Koniec lata przeżyłem za kratami. Na terenie szpitala na Sobieskiego jest też Ośrodek Terapii Uzależnień. I udało się mi się z detoksu przejść tam na terapię wstępną. Pamiętam, że czułem się jak u siebie, bezpiecznie, tak naprawdę chciałem tam jak najdłużej zostać. Łącznie spędziłem na Sobieskiego prawie pół roku. To był czas intensywnej szkoły, pierwszego zderzenia się ze sobą i nadziei. Później było trochę trudniej, gdy znalazłem się za murem. Powrócił świat, w którym było bardzo dużo czarnych dziur i wróciły lęki. Natomiast do dzisiaj bardzo dobrze czuję się w szpitalu psychiatrycznym. Nie jest miły ani czysty, ani specjalnie zachęcający. Ale to miejsce, w którym zaczęło się moje naprawianie i to jest bardzo potrzebna było zamknięcie z własnej woli. A jak znieśliście zamknięcie przymusowe?Juliusz: Na początku trudno było mi się odnaleźć, bo ja regularnie chodzę na mityngi. I przestałem na nie chodzić, a trochę trwało, zanim się zorientowałem, że są spotkania w sieci. Lockdown na pewno miał na mnie duży wpływ. Pojawiały się napięcia, które nie miały żadnego ujścia. Z drugiej strony, ja też czuję się w miarę dobrze przygotowany – tak długo przerabiam samego siebie, że tak strasznie źle tego nie zniosłem. Były momenty, w których nie czułem się najlepiej. I na pewno ta sytuacja covidowa to spotęgowała. Pewnie jeszcze takie będą. Natomiast jest dużo osób, które miały o wiele trudniej i potrzebowały wsparcia non stop, ale nagle je straciły. Myślę, że live'y Kuby na początku lockdownu dały tu bardzo pozytywny Energię z tych live'ów – relacji na żywo - przeniosłem na nasz podcast. Pomysł na niego mieliśmy wcześniej, ale to te audycje na żywo przekręciły kluczyk w stacyjce. A co do zamknięcia… Po sześciu latach trzeźwienia nauczyłem się bycia samemu i - jeszcze nie perfekcyjnie - odnajdywania w sobie spokoju. 70 – 80 proc. mojej pracy to bycie w domu, przyzwyczaiłem się, więc lockdown nie wywrócił mi życia do góry nogami. To była po prostu moja codzienność, tylko trochę "bardziej". Wspólnie doszliśmy do wniosku, że nasz podcast udał się także dzięki Zabieraliśmy się za niego dość długo. Nie mieliśmy motywacji. Na początku pandemii trochę żałowałem, że nie zaczęliśmy robić tego wcześniej, bo już wszyscy na to wpadli, bo wszyscy siedzą w domach. A jednak się udało. Ludzie do was piszą?Juliusz: Sporo dostaję wiadomości, Kuba pewnie też. Często są bardzo fajne: że to ludziom nie tylko podchodzi, ale po prostu pomaga. Czasami przychodzą pytania, co zrobić z bliskim uzależnionym. Ja zawsze odpowiadam to samo: iść do terapeuty. Jest to często dla bliskich osoby uzależnionej duży problem, pojawia się myślenie: "dlaczego ja mam iść do terapeuty, skoro to on ma problem, nie ja". A ten terapeuta powie ci, co masz w tej sytuacji robić i pokaże, jak alkoholik czy alkoholiczka w to wszystko cię wciąga, jak ty jesteś od tej sytuacji uzależniony/ To bardzo delikatna materia – z reguły, dopóki alkoholik nie osiągnie swojego momentu poddania się, reaguje straszną agresją. Moment zrozumienia, że musi się leczyć, jest bardzo To też wymaga spojrzenia na siebie samego, ale warto się przełamać i iść do przychodni z NFZ-u. Ale ja nie czuję się kompetentny, bo sam jestem tym gagatkiem – ja tego nie przeżyłem. Wiem za to, jak ludzie mieli ze mną ciężko. Mam takie poczucie – my mamy obowiązek to robić. Bo dostaliśmy sporo na tej trudnej, momentami wyboistej drodze. Robimy to też z ogromnej wdzięczności dla terapeutów, dla ludzi, którzy nam Mój znajomy ładnie nazwał to wrażliwym narcyzmem. To, co robimy jest służebne, to jest dla ludzi, to jakaś forma pomocy. Ja nie myślę za bardzo o jakiejś gratyfikacji, bo swoją gratyfikację już mam. Robimy ten podcast komercyjnie i nie ma co tego ukrywać. Natomiast cieszę się, że mogę coś ludziom dać. Wiadomości są fajne i miłe, ale staram się za bardzo tym też nie że słuchają nas nie tylko alkoholicy, ale i ludzie, którzy lubią podcasty. Lubią zdobywać pogłębioną wiedzę. Od nas dostają bardziej osobistą opowieść dwóch przyjaciół na temat zagadnienia, które jest wokół nich kompletnie przekłamane, obudowane groźnymi mitami i stereotypami. Ten podcast popularyzuje jakąś wiedzę. My ją zdobyliśmy na terapiach. Te terapie – oprócz tego, że nas powyciągały z różnego gówna, które mieliśmy w głowie, były pewnego rodzaju szkołami. Terapia była dla mnie jak szkoła, którą ukończyłem. Julek dostał na koniec jest nie pić w Polsce?Juliusz: Nigdy nie miałem takiego poczucia. Jeszcze pijąc wyobrażałem sobie, że w Polsce nie da się nie pić. Terapia polega na tym, że te wszystkie myśli i przekonania się odkręca. Ale wcześniej tego nie widziałem – rzeczywiście patrzyłem na świat tak, jakby wszyscy w nim pili. Miałem jednak na tyle duże samozaparcie, że od tego wypełnionego alkoholem świata się odciąłem. Przestałem w nim funkcjonować i przestałam zadawać się z wieloma ludźmi, z którymi piłem wcześniej. Ale jest to oczywiście trudne, bo jednak mam pijących przyjaciół – oni jednak przy mnie nie piją. Jakub: Picie a Polska to jest w ogóle oddzielny temat. Jesteśmy strasznie uzależnionym narodem. I nie chcę tu siać teorii spiskowych, ale komuś chyba zależy, żeby Polacy pili. Sklepy alkoholowe są wszędzie. Do tego wciąż bardzo niska świadomość społeczna na temat choroby alkoholowej i jej zerojedynkowy Do pewnego momentu alkoholizm jest wręcz witany z szeroko otwartymi ramionami i traktowany jako element rozrywkowego trybu życia. Ktoś ma kaca, krótkie ciągi, nie zrobił czegoś w pracy, bo wczoraj się najebał. Taki alkoholizm jest tolerowany, chwalony i w liceum dolewali mi wódkę do herbaty…Jakub: Tymczasem choroba alkoholowa ma cztery fazy. I w powszechnym społecznym odbiorze do początku tej czwartej, ostatniej fazy to nie jest żaden problem ani choroba. Dopiero kiedy chory wkracza w ostatnią fazę, czyli ma deliria, zaniki pamięci, traci kontrolę nad sobą i swoim życiem, to zostaje trędowatym. Społeczeństwo kompletnie się od niego odwraca. U nas w Polsce taka wspólnotowość społeczna jest bardzo upośledzona, smar społecznego zaufania w ogóle nie istnieje – alkoholik jest zawsze sam sobie winny i jest kimś, kogo trzeba z tej społeczności jak najszybciej wykluczyć, pozbyć się go. I to jest chore nie jest sam sobie winien?Juliusz: Z punktu widzenia towarzystwa, z którym się pije, to wszystko jedno czy ty jesteś alkoholikiem, czy nie. Dopóki nie psujesz imprezy, to jest Wszystko jest super, dopóki nie psujesz nam imprezy, dopóki nie zesrasz się w spodnie. Jak się zesrasz, to przypominasz nam o tej ciemnej stronie jest bardzo, bardzo niebezpieczną używką, dużo bardziej niż wiele nielegalnych narkotyków. Mi jest łatwo, bo ja żyję w świadomości swojej choroby. Nie mam problemu się do niej przyznać. Nie mam w sobie wstydu bycia alkoholikiem. Ja ten wstyd już w sobie przerobiłem. Natomiast jeśli miałbym żyć – jak wielu ludzi – w wyparciu choroby, to życie w takim wstydzie byłoby potwornie ciężkie Z punktu widzenia najbliższych wygląda to trochę inaczej. Ale nikt nie wie, jak takiemu alkoholikowi pomóc. Ludzie nie mają świadomości, próbują ratować go za wszelką cenę, a tak naprawdę wciągają siebie coraz głębiej w tę alkoholową matnię, bo alkoholik nigdy nie jest w próżni. On może się świetnie bawić ze swoim pijącym towarzystwem, ale rodzina cały czas cierpi i też się wstydzi, bo woli ukrywać to przed światem. I mijają lata związków, wszyscy są chorzy, dzieci poranione i później kwalifikują się do najtrudniejszych terapii [DDA]. Moim marzeniem jest, żeby ludzie jak najszybciej szli się leczyć. Idealna sytuacja, wręcz utopijna. W Polsce pokutuje też takie myślenie, że trzeba dotrzeć do tej ostatniej fazy, żeby coś mogło zacząć ostatnie lata miałem do czynienia z wieloma alkoholikami. Przychodzili do mnie, dostawali wszystko na tacy, a potem robili coś dokładnie odwrotnego. Tak to działa. W ostatniej chwili chcesz ulgi – albo coś wciągniesz, napijesz się albo już w drzwiach szpitala psychiatrycznego coś w podcaście podajemy z Kubą sporo informacji praktycznych, trochę nadziei i własnego doświadczenia. To jest to, co możemy zrobić, a jeżeli ludziom coś tam potem zaświta, nawet jeśli nie dziś, ale na przykład za rok, to jest paradoks całej tej choroby: trudno złapać moment graniczny, w którym należałoby się leczyć. Ostatnią osobą, która mogłaby to zrobić, jest sam uzależniony człowiek. Prędzej widzi to żona, mąż, ktoś w pracy - że cały czas przychodzisz na kacu. Ja sam robiłem wszystko, żeby tego nie widzieć przez 20 lat, chociaż inni widzieli dużo InstagramPamiętam z dzieciństwa izbę wytrzeźwień. Słyszałam, że babcia jedzie tam po dziadka albo że dziadek Izba wytrzeźwień nie jest żadnym leczeniem, jest penalizacją, to taki chwilowy psychiatryk. Pełni funkcję, którą kiedyś pełniły szpitale psychiatryczne. To nie jest miejsce leczenia, ale odizolowania, przypomina Jest miejscem o liście osób, które trzeba przeprosić za to, co się zrobiło w trakcie picia. Są takie, które wam nie wybaczyły?Juliusz: Są osoby, które usiłowałem dosyć nieporadnie na początku mojej drogi przeprosić – raz, drugi i one na te przeprosiny nie zareagowały. Nie uważam jednak, że trzeba wszystko posprzątać, więc w pewnym momencie odpuściłem. Wiedziałem, że spotkania z niektórymi ludźmi dla mnie samego nie byłyby dobre. Najważniejsze sprawy załatwiłem, ale po prostu nie da się zadośćuczynić części krzywd, jak się komuś przez wiele lat niszczyło życie… Nie mam czystej listy i jestem tego świadomy, ale nie czuję się też z tego powodu Ja nie miałem za dużo tego przepraszania. I myślę, że trzeba z tym uważać, bo to jest mechanizm masowania ego, mechanizm, w którym to ja przede wszystkim sobie robię dobrze. Jakaś osoba może wcale nie chcieć mnie widzieć. Trzeba zaakceptować, że pewnych rzeczy się nie naprawi, że pewne sprawy spieprzyło się Moim zdaniem można wpaść w… nałóg. Pójście do kogoś, przełamanie pewnych barier, przeproszenie i zaproponowanie zadośćuczynienia robi nam dobrze. Tak jak mówi Kuba, można wrócić z tych zaświatów i zacząć się objawiać komuś nie wiadomo po przy kobietach jesteśmy - czy da się stworzyć relację będąc uzależnionym?Juliusz: Często takie związki się rozpadają, ale ja nie mam takiego doświadczenia, bo moja żona nigdy mnie nie widziała pijanego. Budowałem z nią relację od zera, na trzeźwo. Jeżeli jedna strona zaczyna się leczyć, a druga jest w zupełnie innym punkcie, to związek zaczyna się rozjeżdżać. Ale wiem, że takie relacje mogą się udać. Tak naprawdę dwie strony potrzebują terapii, a ludzie nadal czują opór przed pójściem na nią, bo myślą, że to nie im coś rodzicielstwo przeraża alkoholika?Juliusz: Ja się strasznie tego bałem. Nie mówiłem o tym, ale miałem opór przed byciem ojcem. Obawiałem się, że zaburzy mi to wypracowany schemat trzeźwieniowego spokoju i odbierze kontrolę nad życiem. Myślałem, że pojawi się ten nowy człowiek i przestanę dobrze spać, wszystko mi się rozsypie. I jak się pojawił, to się rzeczywiście rozsypało, ale nie to, o co się córka ma 5 miesięcy i to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, ale widzę, że wszystkie moje strachy były bezpodstawne. Oczywiście jest duża szansa, że ja się nie sprawdzę jako ojciec. Ja swoim niepiciem zajmuję się w skali najbliższych 24 godzin, tak samo jak ojcostwem. Staram się więc nie przerażać za bardzo i nie zastanawiać się nad tym, co się stanie, jak moja córka będzie miała 15 lat. Na razie jest tak, że po raz pierwszy mam takie poczucie, że przestaję się zajmować sobą, a bardziej innym człowiekiem. Wcześniej czegoś takiego nie Ja nie mam dzieci biologicznych, ale mam niebiologiczną córkę. I wydaje mi, się że jestem całkiem nieźle do tego uzbrojony. Nie patrzę na tę relację przez pryzmat mojej choroby czy moich doświadczeń. Są ważniejsze sprawy w tej codzienności, niż to, żeby się tym mi się, że gdybym miał mieć swoje dziecko i wychowywać je tak od zera, to jestem do tego całkiem nieźle przygotowany. A kwestie typu, że nie będę dobrze spał, są drugorzędne. Myślę, że byłbym w stanie sprowadzić na ten świat i ogarnąć w miarę zdrowego człowieka. Z drugiej strony, każdemu rodzicowi tak się wydaje, a potem są kolejki do lekarzy psychiatrów. Wychowywanie dziecka to jest totalnie trudna impreza, obarczona ryzykiem i bez choroby na pewno się cieszę, że nie zostałem ojcem w momencie, gdy miałem czynną chorobę, czyli przed 30. rokiem życia. Poza wszystkim, ja byłem wtedy strasznie dziecinny, wręcz cofnięty w rozwoju. Nic dobrego by z tego nie Storytel
jesteśmy w polsce tu nie pić nie wypada